Wspomnienia „Szambonurka” część 3: NLP

Dziś temat rzeka. Nie dlatego, że szeroki czy głęboki, a raczej dlatego, że będzie o laniu wody, nie przelewaniu się i płynnym podejściu. Ostatnia część urosła dość pokaźnie w trakcie pisania, więc została podzielona. W tym poście napiszę o NLP i szkoleniach/eventach ogólnie, w kolejnym o zmianie osobistej i rozwoju osobistym z podsumowaniem.

NLP

Część osób nie wierzyło, że o tym napiszę. Inni tylko na to czekali. Na wstępie informuję, ze samo NLP w swoim zamyśle nie jest takie złe. Już śpieszę z wyjaśnieniem.

 

O co chodzi z tym całym NLP?

Przy okazji tych 3 literek, które rozwijają się do pokrętnego NeuroLingwistyczne Programowanie, zostało powiedziane już wiele. W większości przypadków w połączeniu ze słowami takimi jak: manipulacja, perswazja, a później zmiana osobista i rozwój osobisty.

Otóż wracając do założeń, NLP to w głównej mierze modelowanie, a nie programowanie jak sugeruje nazwa. Modelowanie w tym przypadku oznacza pewnego rodzaju metodę nauki umiejętności. Dokładnie proces wygląda tak, że bierzemy kogoś kto coś potrafi (modela), analizujemy to co robi, tworzymy z tego model/strukturę umiejętności, a następnie sami zaczynamy z niego korzystać, w ten sposób nabywając umiejętność. Więc gdzie jest problem? No właśnie jest ich kilka.

1. Modelowanie w NLP nie posiada „wentyla bezpieczeństwa” odnośnie osobowości modela, od którego się uczymy.
Co to oznacza? Że ucząc się od kogoś umiejętności, razem z nią bierzemy wiele brudu w postaci jego metod postępowania, błędów poznawczych itp. Od razu informuję – być może taki „wentyl” istnieje, natomiast ja, w czasie moich kursów od Praktyka po Zaawansowanego Mastera, o czymś takim nie słyszałem, a na sobie odczułem efekty takiego „brudnego” modelowania nauczycieli.

2. Modelowanie bywa bardzo powierzchowne. Jest nawet fraza, która się do tego odnosi: „fake it, till you make it” (tłum. „udawaj, aż to zrobisz”).
Co to oznacza? Jeśli chcesz się czegoś nauczyć udawaj, że już to umiesz… Wybacz, ale o ile uczysz się sklejana modeli to w najgorszym wypadku skleisz sobie palce i będziesz mieć czas na przemyślenie swojej strategii. Jeśli jednak uczysz się woltyżerki w ten sposób, to możesz się zabić.
Oczywiście możesz pytać jak ktoś wykonuje daną czynność, jak to dla niego wygląda, jak się przy tym czuje itd. ALE w przypadku złożonych umiejętności jest to droga na skróty, w dodatku często ślepa. Bo dowiesz się tylko tych rzeczy, które ta osoba robi świadomie i o których pamięta, nie biorąc pod uwagę całej zautomatyzowanej części, nie mówiąc o  drodze zdobywania tej umiejętności i umiejętnościach uzupełniających.

3. Modelowanie pozostawia niewiele miejsca na indywidualizację umiejętności. Oczywiście jest to możliwe, ale założeniem jest, żeby najpierw robić to dokładnie tak jak model, a dopiero wtórnie dostosować do własnych potrzeb.

Ujmując to trochę bardziej metaforycznie:
Modelowanie jest trochę jak wzięcie czyichś butów i przerabianie ich pod siebie. Być może są to dobre buty, ale po pierwsze są dopasowane do tamtej osoby, a po drugie mogą mieć jej zanieczyszczenia. Możesz je oczywiście wyprać, odgrzybić i dopasować pod siebie… tylko po co, skoro jest wiele umiejętności, których możesz się uczyć „na czysto”?

 

Jak tam trafiłem?

Zajmowałem się sprzedażą i chciałem to robić lepiej. A w NLP jest przecież „tyle narzędzi”, które możesz wykorzystać w sprzedaży. Tak więc zacząłem od książki śp. Andrzeja Batki i… przestałem korzystać ze słowa „nie” na kilka dni, bo się dowiedziałem, że umysł go nie rozumie i „trzeba mówić pozytywnie” (tak dla wyjaśnienia: NIE jest to prawda). Później na pewnym „wyjeździe motywacyjnym” oglądałem ze znajomymi z pracy filmiki ze szkoleń i stwierdziłem, że jak chcę się tego nauczyć, to trzeba się wybrać na szkolenie. Tak się zaczęła wielka przygoda, w zmianę swojego życia i nabywanie niesamowitych umiejętności… Tyle, że nie do końca. Ale o tym dalej.

 

Wybrane „perełki” ze szkoleń NLP?

KOTWICZENIE

To głównie przez chęć posiadania właśnie tej umiejętności zacząłem się uczyć NLP. Na pierwszym szkoleniu za kilka tysięcy złotych, gdzie uczył mnie tego guru-twórca Rysiek Bandler i najbardziej znany trener NLP w Polsce… nie nauczyłem się kotwiczenia. Wtedy jeszcze nie zadawałem sobie pytania, jak to możliwe. Wówczas uważałem, że może nie byłem gotowy albo nie ogarnąłem, a skoro tak dobrze się bawiłem, a moje życie się tak bardzo zmieniło, bo jestem coraz bardziej „świadomy” to i tak było warto.

Co to jest to kotwiczenie?
„Wynalazek” Pawłowa czyli warunkowanie klasyczne. Wywołujesz reakcję, łączysz z innym bodźcem, powtarzasz. Po pewnym czasie na inny bodziec masz pierwotną reakcję. Ten „pewien czas” to czasem są sekundy na stworzenie takiego połączenia.

Brzmi super? Tak! A są jeszcze kotwice suwakowe, guzikowe, łańcuchy kotwic i inne dziwne rzeczy, które zawstydziłyby największe porty na świecie. Wszystko to opiera się o ten sam mechanizm i niesie ze sobą jeden podstawowy problem. Tworzy „ćpunów”. Poznałem osoby, które „pokotwiczyły” sobie super stany na rękach, nogach, głowie itp. Gdzie się nie złapią mają inny super stan. Wszystko to jest tak sztuczne, jak cycki Barbie, ale „jestem eNeLPerem, więc mogę”. A później zaczynają się problemy: „Muszę się zmotywować, ale nie pamiętam gdzie miałem na to kotwicę! Gdzie się nie złapie mam sraczkę albo rzygaczkę!” Wiesz dlaczego? To resztki mózgu walczą o kontakt z rzeczywistością, bo Twoje kotwice pociągnęły Cię już dawno na dno…

 

INSTALACJE/NESTED LOOPS

Chyba jedna z większych ściem na szkoleniach NLP. „Nie musicie niczego notować, wszystko i tak jest instalowane w historyjkach.” Otóż… NIE JEST. Rysiek Bandler to wymyślił, ale nikt tego nigdy nie potwierdził. Stąd później wychodzą takie kwiatki, że wychodzisz ze szkolenia i nie możesz powiedzieć zbyt wiele o tym, czego się nauczyłeś. Usłyszałeś kilka (czasem kilkadziesiąt) zaplecionych historyjek, gdzie niby poukrywane były „podświadome sugestie” odnośnie danej umiejętności, dzięki którym jest ona „instalowana” w Twojej głowie.

Oczywiście świadomie nie potrafisz powiedzieć co umiesz, ale (uwaga przykład ze szkolenia) przecież nie myślisz teraz o ogórku, a jak go zobaczysz w sklepie to będziesz wiedział, że to ogórek. I tak samo będzie z tą umiejętnością – jak przyjdzie czas to Ci się „odpali”. Tylko, że to nieprawda i co śmieszne nie możesz tego zweryfikować. Bo przecież nie wiesz co zostało „zainstalowane”. Oczywiście część „instalacji” jest odkrywana w trakcie szkolenia, ale przecież nie wszystkie. Hipotetycznie, może się więc okazać, że w jakiejś sytuacji zrobisz coś konstruktywnego i jesteś gotów pomyśleć, że to było zainstalowane na szkoleniu. Nie było.

LINGWISTYKA

Oczywiście są też rzeczy, których nie uczymy się w historyjkach, ale są tłumaczone z użyciem bardzo trudnych słów. Nie zawsze je rozumiemy, ale to tylko dlatego, że trener jest taki „mundry”, a uczestnik „gupi”. Otóż… nie.

Tutaj jest kolejny błąd w myśleniu. „Trener” używa trudnego słownictwa, żeby uczestnik myślał, że trener jest mądry, a on nie. Po co? Bo wtedy nie będzie poddawał w wątpliwość kompetencji trenera, podważał prawdziwości tego co mówi, a już na pewno nie przyjdzie mu do głowy weryfikacja znaczenia używanych słów (wówczas mógłby się mocno zdziwić). Ma to swoje dalsze konsekwencje – trener jest mądry i to rozumie, ja jestem głupi i tylko dlatego jeszcze tego nie umiem. Odpowiedzialność za mój brak wyników spada na mnie (i nie jest to jedyny sposób na przerzucenie odpowiedzialności na uczestnika).

Jeśli nie jesteś w stanie czegoś wyjaśnić prosto, to znaczy, że tego nie rozumiesz i nie powinieneś tego uczyć. Na szkoleniach z NLP naprawdę nie ma zaawansowanej fizyki czy opisów reakcji metabolicznych, więc komplikowanie słownictwa i pokrętne tłumaczenie jest najczęściej oznaką braku kompetencji i pokrywanie jej mową trawą.

Tak więc jeśli ktoś wyszedł ze szkolenia z odczuciem, że: trener jest taki genialny, a ja tego nie ogarniam, bo jestem za głupi i muszę chodzić dalej to może kiedyś ogarnę, może włożyć to odczucie między bajki. Otóż trener po prostu spartolił robotę.
Jeśli ktoś kiedyś wyszedł ode mnie ze szkolenia z takim odczuciem, to przepraszam – spartoliłem robotę.

 

DEMONSTRACJE W TRAKCIE SZKOLENIA

A teraz „weźmiemy kogoś na demo” i pokażemy jak działa technologia. Pewnie nie wiesz jednak, że osoba, która wychodzi na demo powinna zostać odpowiednio dobrana, bo jest pewna zasada – demo musi wyjść. I zwykle wychodzi. Dlaczego?

Wyobraź sobie, że zapłaciłeś kilka tysięcy za takie spotkanie, bo masz jakiś problem albo chcesz się czegoś nauczyć, jesteś w ciągłym procesie, który można nazwać hipnotycznym. Teraz jeszcze wychodzisz na środek, gdzie guru, któremu zapłaciłeś wykona technikę na Tobie. Zrobisz wszystko żeby się udało, podążając za jego sugestiami. Dlaczego? Dlatego, żeby udowodnić, że dana technika działa, że pieniądze nie są zmarnowane, żeby zdobyć akceptację grupy, albo dlatego, że tak bardzo chcesz rozwiązać dany problem, że nawet jeśli ktoś Cię dotknie w czoło patykiem umazanym kozim moczem i powie, że jesteś oczyszczony to problem zniknie. Jeśli tak jest, to jesteś doskonałym demem.

Żeby była jasność. Nie twierdzę, że te techniki nie działają. Część z nich działa całkiem nieźle, a część trochę gorzej lub wcale. Po prostu należy pamiętać, że „efekt” w trakcie szkolenia, nie jest wymiernym dowodem na ich skuteczność. Co oznacza, że jeśli po szkoleniu jakaś technika Ci nie wychodzi, to są 3 możliwości, dlaczego tak jest:

1. Nie wykonujesz jej prawidłowo, musisz więcej ćwiczyć/przyjść na kolejne szkolenie.
2. Technika, która Ci nie wychodzi została nieprawidłowo wyjaśniona/nauczona.
3. Technika, która Ci nie wychodzi po prostu nie działa, a na demonstracji zadziałał proces opisany powyżej.

Pierwsza możliwość jest moim zdaniem marginalna, przecież mamy ćwiczenia w trakcie szkoleń i jeśli coś nie wychodzi zwykle można to na bieżąco korygować z trenerem/asystentem. O wiele częściej zdarza się druga opcja, a czasem trzecia.

 

INNE TECHNIKI

Jest ich mnóstwo, mają skomplikowane nazw. Niektóre z nich są konstruktywne, inne bezużyteczne, natomiast nie są tak „ciekawe” jak perełki, żeby poświęcać im tu więcej miejsca. Są więc submodalności, metamodel, filtry, metaprogramy, metafory, model grecki i wiele, wiele innych. Nie będę opisywał wszystkich, chyba że ktoś jest zainteresowany to niech napisze w komentarzu to wrzucę krótki i prosty opis.

 

Szkolenia, a eventy

Tak, jest różnica pomiędzy szkoleniem i eventami szkoleniowymi, o której dowiedziałem się jakiś czas temu i przyznaję, byłem zaskoczony. Do tej pory sądziłem, że uczestniczyłem w bardzo wielu szkoleniach i wiele poprowadziłem, podczas gdy nie jest to do końca prawdą. Większość wydarzeń, na które uczęszczałem to były eventy z demonstracjami i ćwiczeniami. Zaletą takiego rozwiązania jest możliwość uczestnictwa większej ilości osób. Oczywiście zaletą z perspektywy prowadzącego, z oczywistych względów finansowych. Z perspektywy uczestnika oznacza to, że otrzymujesz mniej zindywidualizowane podejście, mniejszą możliwość rozmowy indywidualnie z trenerem prowadzącym (co sprzyja tworzeniu guruizmu, bo trener jest „towarem niedostępnym”) i mniejsza jest szansa, że realnie się czegoś nauczysz.

Podstawowe różnice w podejściu między szkoleniem i eventem:
– ilość osób – zależy od tematyki, ale szkolenie to maksymalnie 25-30 osób (dla niektórych tematów 8-10), na eventach grupa jest ograniczona ilością miejsc na sali
– rola trenera – ogólnie mówiąc na szkoleniu trener podaje wiedzę, a później moderuje proces jej przyswajania w praktyce, na evencie trener mówi, i mówi, i mówi, i mówi, trochę jak na wykładach, tylko jest często bardziej angażujący swoimi historiami i przeplata je demami, ew. małymi ćwiczeniami.
– EFEKTY – efektem eventu jest inspiracja i zmiana życia (oczywiście dowodzony na bazie chwilowego świetnego samopoczucia), efektem szkolenia jest nowa nabyta wiedza i umiejętność, której jesteśmy świadomi i z której możemy skorzystać po wyjściu.

 

Szkodliwe schematy na „szkoleventach”

DEWALUACJA UCZESTNIKÓW

Jest różnica pomiędzy uwagą merytoryczną, a docinkami ukierunkowanymi osobiście w uczestnika. O ile pierwsze z tych zjawisk jest zrozumiałe, o tyle drugie poddaję w pewną wątpliwość. Choć nie było tak zawsze.

Początkowo wydawało mi się, że to na pewno czemuś służy. Skąd ten pomysł? Przeczytasz w następnym podpunkcie. Później wydawało mi się, że to taka konwencja i nawet sądziłem, że to jest zabawne. Do tego etapu samemu zdarzało mi się tak robić w trakcie prowadzenia zajęć (kolejna rzecz, za którą przepraszam). Kolejnym etapem było przesycenie ciągłymi docinkami i zorientowanie się, że coś tu jest nie tak. Oczywiście rozumiem, że kiedy mam osobistą relację z uczestnikiem i pozostali uczestnicy są o tym poinformowani, to można by to uznać za akceptowalne. Akceptowalne, nie oznacza, że jest w porządku. Aż w końcu w rozmowie z jednym ze znajomych trenerów usłyszałem, że to zwykła patologia, która ma na celu… Chyba tylko podniesienie sobie poczucia wartości trenera, który tak robi.

 

„GURUIZM”

Zasada jest prosta. Trener jest guru, bo on wie, a ja nie. Jego moc wręcz magiczna ogarnia mnie, a ja mała mróweczka aspiruję jedynie do fragmentu tej potęgi. On nie je miodu, on żuje pszczoły. Jednym spojrzeniem lustruje całą moją duszę i dokonuje energetycznych zmian w mojej karmie (tutaj Łiskas zmienia się Pedigri, a tatar z Sądołowa przemienia się w prawdziwe mięso zdatne do smażenia).

Śmieszne? Tylko później konsekwencje już są mało korzystne. Jeśli mnie wyzywa – chce mnie czegoś nauczyć, jeśli czegoś nie rozumiem – jestem za głupi, bo on przecież wie lepiej, jeśli mówi jakiś farmazon (przykłady w kolejnym punkcie) – z pewnością ktoś się wcześniej pomylił, bo na pewno nie guru, jeśli ktoś go atakuje – hejterzy zawsze atakują mistrza (a jeśli podają merytoryczne argumenty to… i tak hejterzy atakują mistrza). To jednak ma dalsze konsekwencje.

Za guru idą jego wyznawcy, którzy będą go bronić. Będą mówić o tym jak zmieniło się ich życie pod jego wpływem, jak wiele się nauczyli (zostało im zainstalowane) i jak bardzo krytykujący się mylą i hejtują, bo sami nie mają efektów (jeśli mają inne efekty niż guru, to nie mają żadnych). Tylko, że to tak, jak z demem. Osoby, które płacą niekiedy naprawdę duże pieniądze za szkolenia czy coachingi, albo angażują się w to maksymalnie, nie są w żaden sposób konstruktywną czy obiektywną grupą wyrażając swoją opinię. Podobnie zresztą, jak osoby skupiające się na personalnej krytyce, bo prawdopodobnie kieruje nimi zawód osobisty. Prawda, jak zwykle, leży w kałuży pomiędzy nimi, natomiast drogę do niej wyznacza MERYTORYKA, a nie personalne zagrywki. Krytyka merytoryki, a nie osoby, jest polem do o wiele bardziej obiektywnej dyskusji.

 

NIE ZNAM SIĘ, ALE SIĘ WYPOWIEM

Wykorzystywanie słów, których znaczenie jest inne niż oryginalne czy rzucanie danymi statystycznymi bez żadnego potwierdzenia (bo przekaz z daną statystyczną jest w 87% przypadków traktowany jako prawdziwy, nawet jeśli jest wyssany z palca), to częste praktyki. W trakcie różnych wydarzeń zdarzyło mi się dowiedzieć, że:
– mamy 36 zębów (zwykle 32 stałe),
– wykorzystujemy 5% potencjału naszego mózgu (dana wyssana z palca, której potwierdzenie wymagałoby najpierw wykorzystanie 100% potencjału, żeby określić granicę możliwości),
– ustawienia rodzinne „nibysystemowe” to kwestia tego jak usiądziecie, przy rozmowie, żeby Wam się dobrze rozmawiało i było miło (absolutnie NIE)
– mediana to wartość najczęstsza w zbiorze (a dominanta to co?),
– teoria strun dotyczy działania… gitary (w takim razie fizyka kwantowa to fizyka kaczek?)

O ile są to dane podawane jako ciekawostki, to można to uznać za bezmyślne, ale nieszkodliwe.  Jeśli jednak ktoś przekazuje wiedzę z zakresu terapii powiązanej często z psychologią czy medycyną, bez odpowiednich podstaw merytorycznych, to może zrobić ludziom krzywdę. Wybaczcie, ale 2 kursy i 3 książki z jakiejś tematyki nie czynią z nas znawcy gotowego do szkolenia z tego zakresu, tylko dlatego, że mamy możliwości opowiedzenia o tym w ciekawy sposób.

 

WYKAZYWANIE UŻYTECZNOŚCI WIEDZY BEZUŻYTECZNEJ

Znajdowanie zastosowań dla różnego rodzaju bezużytecznych informacji jest sztuką. Jest wręcz sztuczką magiczną, tworzenia czegoś z niczego. W części 2 tego artykułu napiszę jak identyfikować te użyteczne rzeczy (jest to bardzo proste).
Przykład z sali szkoleniowej: oglądamy filmik i nauczymy się z niego „wybitnej umiejętności” poprzez dogłębną analizę. Analiza 3 sekund filmiku – godzina, czas trwania filmiku – 57 sekund, ale jak przyspieszymy zdążymy w dzień szkoleniowy. Praktyczna wartość wiedzy zdobywanej przez ten dzień… z perspektywy kilku lat – ZERO. Wiedza bezużyteczna, ma studnię bez dna dla swojego projektu, jeśli zaglądnie w odpowiednie miejsca.

Na szkoleventach, po oglądnięciu i „przeanalizowaniu” logotypów dużych marek, projektowaliśmy loga, bez żadnego pojęcia o ich tworzeniu zarówno ze strony uczestników, jak prowadzącego. Inne przykłady? Analiza snów bez informacji o symbolice i archetypach, pisanie ofert czy haseł reklamowych po 2-godzinnym wstępie, misje socjalne, z przebieraniem się za marynarza czy księdza… Chyba wystarczy. Oczywiście zabawa jest przy tym przednia, ale nie za tę cenę.

 

Tutaj następuje koniec części pierwszej. Druga zostanie udostępniona 15 września LUB jeśli zostaną spełnione pewne warunki:
– 500 kliknięć „Lubię to” na fanpage’u www.facebook.com/lukaszzaworapl
ORAZ
– 10 udostępnień tego artykułu na FB
W momencie spełnienia tych dwóch warunków opublikuję 2 część artykułu traktującą o rozwoju i zmianie osobistej ogólnie, a także zawierającą podsumowanie odnośnie tego czego się nauczyłem, na co zwracać uwagę, jak identyfikować ściemę i co z nią robić.

Zapraszam do komentowania i udostępniania, a także do dyskusji.

 

Posted in:
  • Maciek Ziętara

    Na pierwszy rzut oka ładne.Chociaż pamiętam, że „nim ocenię monetę po reszce, nie chwalę dnia przed zachodem słońca”

  • Pingback: Oświadczenie | rozwojowi.tk()

  • Rafal

    Spoko artykol, przedstawia rzeczy z drugiej strony. To tak jak znak stop przed wkroczeniem na jezdnie aby sie upewnic ze wszystko bedzie wporzadku.